Zakładki:
.home.
.listen.
.look.
.meeting.
.read.
.taste.
.watch.
.x-credits.
|
poniedziałek, 30 stycznia 2012
O tym, że jest plan
Po pierwsze, rozmarznąć. Dzisiejszy poranek powitał mnie o 6:25 mrozem zdolnym w kilka minut dogryźć się do kości. Jeszcze to czuję. Po drugie: znaleźć dwie pary rękawiczek, tych cieplejszych, bo w szpanerskiej, przylegającej do dłoni skórze po kwadransie nie jestem w stanie zgiąć palca bez uczucia, że łamię sobie kość. Witaj, zimo. Przejrzałam też ogłoszenia o pracę, a te co ciekawsze wrzuciłam w zakładki. Wieczorem muszę na nie odpowiedzieć, po czym rozpocząć modły do wszystkich wiszących na moich ścianach bogów (w tym Ganeśi, zwanego dla porządku Bozią), a w międzyczasie zorientować się w kosztach zakładania własnego biznesu. Mam też zapoznać się ofertą kursów jazdy, bo do dziś nie mam nawet karty rowerowej, chociaż od biedy umiałabym i powiedzieć, co się w którym pojeździe zepsuło. Teoretyczna znajomość mechanizmów jest mi boleśnie nieprzydatna. Muszę jeździć, najchętniej bez zamykania oczu za każdym razem, kiedy mija mnie coś większego niż ratler. Ile w końcu można się użerać z powypadkową traumą? Punkt kolejny, ostatni na dziś, zakłada porządki i segregowanie papierów. Moja sypialnia niepokojąco przypomina wnętrza z programu "Hoarders" - leżą tam w stosach na wierzchu kupione, a nie przeczytane jeszcze książki i mnóstwo materiałów, z których korzystałam przy pisaniu pracy magisterskiej... wróć. Muszę napisać trzy abstrakty na kolejne konferencje. Mogę zapomnieć o obiedzie, nie wziąć prysznica, nie wypić trzeciej kawy, ale tego mi przegapić absolutnie nie wolno.
czwartek, 26 stycznia 2012
O tym, że czas mija znienacka
Mój dzień dzieli się na równo odmierzone fragmenty. Jest to podział, który nie znosi modyfikacji, charakteryzuje go za to brak odporności na nagłe zmiany. Krótko mówiąc, mój plan dnia, mimo mającej zwiększać jego efektywność podziałki jest pozbawiony elastyczności. Całość efekt daje przykry, bo jeśli posypie się jedna część tej całości, wszystko wali się za nią, jak szereg tafelków domino. Bywają dni, kiedy sobie o tym przypominam. Odczuwam wówczas wewnętrzne drżenie. Jest to przejaw lęku przed klęską. Dzisiaj przerabialiśmy postępowanie w sytuacjach kryzysowych, czyli co należy zrobić, jeśli jeden z uczniów nagle dostaje gwałtownych torsji, na co reszta grupy reaguje głośno wyrażanym obrzydzeniem. Cóż, dziecięca szczerość w pełnej krasie. Sytuację, z pomocą pań z obsługi placówki udało się uratować. Lekcję również udało się przeprowadzić, w innej sali i z półgodzinnym poślizgiem, ale jednak. Wszystkim zaangażowanym niech będą dzięki. Żłobek wciąż miesza "hello" z "yellow". Podstawę naszych zajęć stanowią przygody małej słonicy Ellie, skądinąd uroczej bohaterki podręcznika "English with Ellie" Wydawnictwa Szkolnego PWN. Jest to kurs lekki, łatwy i przyjemny, maskotka iście przesłodka, ilustracje piękne, historyjki zabawne, ale na tyle proste, że i dwulatek pojmie, o co chodzi. W ogólnej ocenie cud, miód i orzeszki. Problem tkwi w drobnym szczególe: piosenka powitalna i melodia wprowadzająca kolor żółty są do siebie podobne. Same słowa również nie bardzo się fonetyką różnią. Kojarzyć się mogą. Po pierwszej lekcji, na której słoneczko wciąż od nowa było "hello" postanowiłam zrezygnować z piosenki powitalnej. Wałkujemy sam kolor. Żółte kaczuszki. Żółte słoneczko. Listek też, bo jesienny, nic to, że zima w pełni. Słonecznik okrągły, mała gwiazdka, wszystko jest "yellow". Powitania nie ma. Ciocia Dis i jej domowy słoń epatują dzieci chamstwem, zapominając o zwyczajowym "dzień dobry", czynią to jednak w dobrej wierze, co niech im bóg metodyki wybaczy.
środa, 25 stycznia 2012
O tym, że dialog ma urok
W szczególności, jeśli jest to dialog międzypokoleniowy. W rolach głównych Dis, zwana dalej Ciocią, Dzieci, a także czarodziej Merlin na gościnnych występach. Wchodzę do klasy, wewnątrz zwyczajowa bitwa, a młodzież, jak to bywa, kiedy zajęcia dodatkowe przerywają zabawę, wykazuje zniżkę nastroju: - Ciociu, ja nie chcę iść na angielski. Chcę rysować. - Ej, Amelka! A ja chcę dostać Zigzaga McQueena! - pada komentarz z offu. - No, a ja chcę mieć Barbie Księżniczkę! - dołącza następny. - A ja chcę mieć Czarodzieja Merlina - postanawiam podzielić się przemyśleniami. - Czemu, Ciociu? Po co ci czarodziej Merlin? - litania pragnień ustaje. O to chodziło. - Żeby spełnił moje życzenia, dzieci drogie - czuję, że brnę w ślepą uliczkę. - Trzy życzenia, Ciociu? - nie odpuszczają nieletni. - Oj, żeby tylko trzy, kochanie, żeby tylko trzy... Przynajmniej mam poczucie, że nie skłamałam dzieciom.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
O tym, że technologia źle mi czyni
Czyni źle, albowiem odmawia współpracy. Jest to jednakowoż postępowanie nierozważne, bo rozdrażniona nabieram subtelności właściwej Armii Czerwonej w natarciu, więc i elektronikę mogę spróbować reperować młotkiem. Chwilowo jesteśmy w połowie drogi, aż chciałoby się dodać, że i w środku ciemnego lasu, a program serwisowy z zaangażowaniem szuka aktualizacji oprogramowania odtwarzacza. Oby znalazł, bo mi już podsłuchiwanie rozmów w tramwajach dokumentnie obmierzło. Mam też szczerą nadzieję, że TVP Kultura raczy wieczorem odbierać zamiast trzeszczeć, co już wiemy, że robić potrafi, bo dają dzisiaj Jodorowskiego. NEWS: udało się. Technologia dała się przekonać. Naprawiłam przeklęty odtwarzacz, po dwóch dniach zaledwie od awarii, co stawia mnie na szarym końcu mistrzów szukających pomocy na forum elektroda.pl, którzy potrafili po kilku miesiącach dojść do wniosku, że jeśli sprzęt nie rozsypał się w drzazgi, to prawdopodobnie da się go sformatować i ponownie zainstalować software. Niech im internet lekkim będzie. Ja, dzięki wrodzonemu brakowi cierpliwości, mogę jutro wrócić do radosnego słuchania jednego utworu w pętli, szczelnie oddzielona dźwiękiem od reszty pasażerów komunikacji miejskiej. W tym tygodniu padło na Damiena Rice'a, "9 Crimes", głównie przez pewien fanvid do "Sherlocka", po obejrzeniu którego poczułam się tak, jakby coś niepostrzeżenie wyszarpało mi połowę wnętrzności. Niezorientowanym wyjaśniam, że fanvid ów mi się podobał.
środa, 18 stycznia 2012
O tym, że podziemie się trzęsie
Kongres usiłuje przepchnąć straszne prawo, które zniszczy globalną sieć, wypędzając z niej dysydentów oraz zło multifandomu. Legislacja, jak zakładam, ma zapewnić autorom nienaruszalność ich praw, a przy okazji przegonić z serwerów faszystów i pedofilów, ale zapewne znów skończy się na zamykaniu stron redagowanych przez dwunastolatki. Głupota ludzka jest niezmierzona, a jednak nie dziwi. W związku z tym, że internet postanowił protestować, angielska Wikipedia na 24 godziny wyłączyła na głównej dostęp do wszystkiego, poza wyjaśnieniem, co to takiego Stop Online Piracy Act i nie mniej niesławny Protect IP Act. Spodziewam się, że wielu studentów filologii angielskiej nie napisze zadanych na jutro esejów, bo raczej nie wysilą się na czytanie całego artykułu. Tam pod koniec wyjaśniają, że ciemność na głównej jest zasadniczo dla efektu, bo do zawartości daje się dotrzeć bez problemów, ale do tego trzeba jeszcze mieć ochotę na minimalny choćby wkład pracy własnej, np. przejechanie kółkiem na dół strony. Fandom sobie poradzi. IRC jest wieczny i nie da się go kontrolować. Nie tacy magicy próbowali.
wtorek, 17 stycznia 2012
O tym, że sama to sobie robię
Chciałabym dzisiaj poruszyć temat męczący, ale wciąż aktualny, bo wywołujący u mnie wewnętrzne napięcie i wynikający z niego przedłużający się stres, który z kolei ujawnia się w komplecie psychosomatycznych atrakcji zawierającym w sobie wypadanie włosów i zaostrzenie alergii atopowej, a sterydy nie są niestety cudownym lekiem na wszystko, ponieważ w postaci maści nie da się ich zjeść, a nawet gdyby spróbować to efekty nie będą zabawne, a już z całą pewnością nie tak relaksujące jak palenie papierosów, ostatnia z dostępnych mi używek, którą i tak rzuciłam prawie dwa lata temu, więc kiedy wczoraj Frou zapaliła w mojej kuchni "Nevadę", uderzenie neuroprzekaźników poczułam już u nasady karku, tak mną smrodek taniego dymu rzucił, ale postanowiłam się bohatersko opierać, ponieważ na czymś poczucie własnej świętości budować muszę, a z innymi nałogami mi nie wychodzi, czego najlepszy dowód znajdziemy w fakcie, że na obiad spożyłam frytki z piekarnika, więc syntetyczne, co popiłam wyciągniętą z lodówki Colą, a to nie skończy się zwykłą chrypką, bowiem wiadomo, że jeśli coś ma szansę skończyć się źle, to prawie na pewno skończy się dużo gorzej, więc nie o przeziębieniu tutaj mówimy, a o zapaleniu oskrzeli co najmniej, które i tak w niczym mi nie pomoże, ponieważ cholerny CNN w mojej głowie zatrzymuje się tylko w trzech przypadkach, tj. kiedy a) przeglądam bazy czasopism naukowych, b) wyobrażam sobie hipotetyczną sytuację, w której mam do czynienia z pomniejszym, bo naszym lokalnym wcieleniem Jima Moriarty'ego, również paranoikiem, bądź c) piję do oporu, na co już pozwolić sobie nie mogę, bo lata nie te i zdrowie domaga się poszanowania, zresztą po tak desperackim kroku rano wstaję z CNN-em na pełnym biegu i koszmarnym bólem głowy na dokładkę, więc - jak widać - koszty znacznie przewyższają tu zyski i zwyczajnie mi się nie opłaca narażać, bo robię się wtedy drażliwa ponad wszelkie wyobrażenie, przez co zwykle przestaję zwracać uwagę na konwencje społeczne, a to zazwyczaj oznacza natychmiastowe kłopoty wzbogacone o konieczność przepraszania później, czego robić nie lubię, bo i często mam poczucie, że nie było za co, ale sytuacja widziana oczami obrażanego ma prawo wyglądać zgoła inaczej niż oglądana przez tego, który akuratnie lżył, w słowach nie przebierając, albo też się na słowa nie silił w ogóle, uparcie ignorując otoczenie, a to z kolei ignorowane być nie lubi, o czym ja nie mam ochoty pamiętać, tym bardziej w chwili, kiedy muszę wyciąć serduszka na karty upominkowe do pracy, a wolałabym siedzieć beztrosko w sieci i zastanawiać się, o dobry Boże, czy on tam w samym środku nagrania aby nie mruczy?
poniedziałek, 16 stycznia 2012
O tym, że dzisiaj nie będzie o serialach
W piątek wybrałam się po prezent. Miałam kupić książkę, jedną i - jak wynikało z zamiaru - dla kogoś. Wyszłam z kupionym prezentem i trzema innymi, już z myślą o sobie wyłącznie nabytymi tytułami. Nie powinnam była tego robić, albowiem nie błogosławi mi nadmiarem zasobów, ale bałam się, że zabraknie. Zapobiegliwości nauczyło mnie doświadczenie. Dość dawno temu wypatrzyłam w antykwariacie (tym samym zresztą, do którego poszłam i teraz) "Czerwony Mars", jedyny tom, jakiego mi jeszcze do kompletu brakowało. Poskąpiłam jednak piętnastu złotych, przedkładając kanapki z serem topionym i sałatą nad strawę duchową. Błędnie założyłam, że "Mars" nie pójdzie, bo obok stały znacznie bardziej hitowe pozycje, a Robinson aż tak, jak mi pamięć podpowiadała, nikogo nie kręcił. Cóż jednak się stało, trafił się zboczeniec, co względem trylogii marsjańskiej żywił podobne co ja uczucia. Krótko mówiąc, jakiś zachłanny cham mi ów tom brakujący podkupił. Co gorsza, od tej pory już się więcej "Czerwony Mars" nie pojawił na półce. Dlatego też w piątek postanowiłam nie ryzykować nadmiernie i zgarnęłam dwa tytuły cyklu Ekumeny i jednego Huberatha. Niniejszym pragnę oznajmić, że do listy na najbliższe dni dochodzą: "Miasta pod skałą" Marka Huberatha (chwała mu!), oraz "Oko czapli" i "Lewa ręka ciemności" Ursuli Le Guin. Chciałabym także, żeby ktoś wreszcie wyjaśnił mi fenomen Ziemiomorza. Ja to czytałam wprawdzie, wczuwając się i bawiąc ponadprzeciętnie dobrze, ale dopiero Hain mi pełnię możliwości Le Guin ukazał. Jak to więc jest, że kogo nie zapytać to nic, a tylko Roke i Ged, w kółko do znudzenia. | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||